Wielki sukces, wciąż wielki dystans

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce i rektorem Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

CEE Top 500 – lista 500 największych firm Europy Środkowo-Wschodniej – budzi dwa uczucia. Z jednej strony dumę z tego, co mieszkańcy naszej części kontynentu, ciężko doświadczonej przez losy XX wieku, zdołali osiągnąć w ciągu minionego ćwierćwiecza. Z drugiej zaś uczucie rozczarowanie, że mimo tak ciężkiej pracy i tak wielkich efektów – cały czas dystans który dzieli naszych regionalnych liderów od wielkich firm Zachodniej Europy jest tak ogromny.

Mamy więc na liście 500 firm, o łącznych przychodach sięgających astronomicznej kwoty 580 miliardów euro i zyskach przekraczających 26 miliardów euro. Mamy też szczególne powody do dumy: ponad 1/3 tych potentatów to firmy polskie, osiągające 38 proc. całości przychodów i ponad 25 proc. całości wykazanych w zestawieniu zysków. Różnica między tymi dwiema liczbami nie powinna aż tak niepokoić – naszą pozycję pod tym drugim względem obniża skandaliczny zwyczaj niepublikowania przez część działających w Polsce firm informacji o osiągniętych zyskach – na 45 firm z rankingu, które odmówiły podania tej informacji, aż 35 to te działające w naszym kraju (jest to skądinąd temat do zastanowienia – dlaczego u nas tak łatwo, znacznie łatwiej niż w innych krajach regionu, można okazywać takie lekceważenie zarówno w stosunku do opinii publicznej, jak i często dla prawa). Nie zmienia to faktu, że Polska zajmuje w rankingu bezapelacyjnie pierwsze miejsce. A ukoronowaniem tego faktu jest fakt, że pierwsze miejsce w zestawieniu CEE Top 500 zajmuje od lat nasz krajowy gigant PKN Orlen.

Jak zmieniały się losy największych firm regionu, najlepiej widać właśnie na tym przykładzie. W roku 1998 (według danych z krajowej Listy 500 opublikowanej przez „Rzeczpospolitą”) przychody Orlenu sięgnęły 3,7 miliarda euro. A ściślej mówiąc nie Orlenu, ale jego poprzednika – Polskiego Koncernu Naftowego; i dokładnie rzecz biorąc nie euro, ale jeszcze jego poprzednika ecu – co dobitnie pokazuje, jak wiele zmieniało się w ciągu minionych lat i w gospodarce polskiej, i europejskiej. Kiedy wstępowaliśmy do Unii w roku 2004, przychody Orlenu wynosiły już 9 miliardów euro. Według obecnej listy CEE Top 500 w roku 2016 sięgnęły 18 miliardów euro (choć rok wcześnie było to 20 miliardów euro – ubiegłoroczny, ogólny spadek przychodów firm regionu wyrażonych w euro przypomina, w jak dużym stopniu gospodarka Europy Środkowo-Wschodniej podatna jest na wahania kursów walutowych, oczywiście poza pięcioma mniejszymi krajami, które wprowadziły u siebie wspólną walutę). Mamy więc do czynienia z fantastycznym wzrostem środkowoeuropejskich firm, dynamicznie zmniejszających dystans dzielący je od zachodnioeuropejskich rywali.

Ale z drugiej strony, jest to dystans wciąż ogromny. Łączne 580 miliardów euro przychodów 500 największych firm Europy Środkowo-Wschodniej to wciąż o 1/3 mniej niż wynosił w roku 2016 łączny przychód nie 500, ale 5 największych firm Zachodniej Europy. Przeciętna firma z pierwszej 500-ki Zachodniej Europy ma przychody 15-krotnie większe od przeciętnej firmy z pierwszej 500-ki naszego regionu. A nasz regionalny gigant, Orlen, z trudem mieści się pod koniec drugiej setki zestawienia ogólnoeuropejskiego.

Dlaczego, mimo takiego postępu w ciągu minionego ćwierćwiecza, dystans jest wciąż tak ogromny?

Po pierwsze, trzeba pamiętać z jak niskiego poziomu startowały nasze firmy w latach 90. ubiegłego wieku. I chodzi tu nie tylko o lilipucią wręcz skalę w porównaniu z zachodnioeuropejskimi gigantami, ale też o kolosalne problemy, które trzeba było pokonać na drodze rozwoju, po to by przekształcić źle zarządzane, zacofane technologicznie i nieobecne niemal na rynku globalnym państwowe przedsiębiorstwa w nowoczesne, ekspansywne firmy (7 z 10 największych firm regionu ma właśnie taką historię).

Po drugie, problemem jest ciągle silne ograniczenie skali krajowych rynków. Mierzona według bieżących kursów walutowych wielkość rynku Europy Środkowo-Wschodniej wzrosła pięciokrotnie od początku okresu transformacji i niemal dwukrotnie od roku 2004. Ale mimo to jest wciąż 8 razy mniejsza od sumy rynków 4 największych krajów Zachodniej Europy. Warunkiem rozwoju, który pozwoliłby firmom naszego regionu dorosnąć do skali wielkich rywali z zachodniej części kontynentu jest znacznie śmielsze niż dotąd przekraczanie granic własnego kraju i skorzystanie z faktu, że wspólny rynek pozwala im docierać do konsumentów na całym terenie Unii.

No i po trzecie, rozwój wymaga kapitału. Jeśli różnica w poziomie przeciętnego dochodu mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej i Zachodniej ma się jak 1:3 (według bieżących kursów walut), to różnica w zgromadzonym majątku i oszczędnościach jest mniej więcej trzykrotnie większa. I nic dziwnego, bo dziesięciolecia komunizmu spauperyzowały naszą część kontynentu, a majątek buduje się nie przez lata, ale przez długie dekady. Co więcej, stopy oszczędności stosunkowo ubogich i dążących do jak najszybszej poprawy poziomu konsumpcji społeczeństw są stosunkowo niskie. Ale bez oszczędności nie ma kapitału, a bez kapitału nie ma rozwoju – opieranie nadziei na rozwój krajowych firm głównie w oparciu o kapitał pożyczony za granicą nie daje szans doścignięcia zamożniej części kontynentu.

Dlatego właśnie, mimo ogromnego postępu, dystans pomiędzy naszymi największymi firmami a największymi firmami z Zachodu jest wciąż ogromny, a jego pokonanie wymaga jeszcze wielu dekad ciężkiej pracy.